Nie wyobrażam sobie życia bez squasha!

Rozmowa z Filipem Chajzerem, prezenterem radiowym i telewizyjnym.

filip-hajzer-squash

Od jak dawna gra Pan w squasha?

Jakieś pięć lat. Wcześniej długo grałem w tenisa, dlatego, że na Ursynowie z którego pochodzę w latach 90- tych była wielka moda na posyłanie dzieci na zajęcia z tej dyscypliny. Ja zgodnie z tą modą zostałem przez moich rodziców zapisany do klubu tenisowego. Nie byłem jakimś wybitnym graczem, właściwie byłem bardzo niewybitnym… natomiast moja mama bardzo chciała żebym został Andre Agassim, dlatego zapuszczała mi bardzo długie włosy i to był chyba mój jedyny związek z tym zawodnikiem, bo z talentem było trochę słabo.

Co Pana skłoniło do uprawiania akurat tej dyscypliny?

Po siedmiu latach regularnych tenisowych treningów w liceum przeszła mi ochota na ten sport. Później zaczęła się praca zawodowa i nie bardzo miałem czas na ruch. Po jakimś czasie pomyślałem jednak, że wrócę do tenisa, bo coś trzeba robić, żeby się nie zastać. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że to strasznie „upierdliwa” dyscyplina, a to dlatego, że wszystko było umazane w kredzie: buty, wnętrze samochodu, pół mieszkania. Na korcie trzeba zbierać piłki, biegać za nimi, a one się gubią. Non stop jakieś poboczne zajęcia, zamiast uprawiania sportu, strasznie dużo kombinacji, a na koniec czyszczenie tego cholernego kortu polegające na chodzeniu jak koń, z jakimś pługiem… Doszedłem do wniosku, że to jest kompletny nonsens, że to już mnie kompletnie „nie jara”. Wtedy przypomniałem sobie , że istnieje squash, a więc esencja, czysta „piguła” wyciągnięta z tenisa, bez żadnych historii pobocznych, bez ubierania się w dres, bez marznięcia w jakimś obskurnym śmierdzącym balonie. Poza tym weźmy pod uwagę, że balony naprawdę śmierdzą stęchlizną, że to nic miłego grać tam w zimie. I tak pojawił się w moim życiu czysty, sterylny, fantastyczny sport jakim jest squash, w którym się zakochałem. Zacząłem też dosyć szybko osiągać sukcesy, ponieważ partner, który przekonał mnie do tej dyscypliny, po 5 – 6 grach naszych grach zaczął ze mną przegrywać. Wtedy pomyślałem, że może nawet mam trochę talentu. Zacząłem regularnie, hobbystycznie grać i do dziś bardzo sobie to cenię, wręcz nie wyobrażam sobie życia bez squasha.

Stereotyp, że to przede wszystkim sport zestresowanych biznesmenów jest już chyba nieaktualny?

Squash kojarzy nam się z amerykańskimi filmami, a w latach 90 – tych chcieliśmy się „zachłysnąć” wszystkim co zachodnie, amerykańskie. I tak najpierw sprowadziliśmy sobie krewetki i się w nich zakochaliśmy, potem było sushi, a między krewetkami a sushi przyszedł squash, który kojarzył się z bardzo dostatnim życiem. Ale to nie do końca jest prawda. Jak przeliczymy sobie koszty uprawiania tego sportu, to squash jest o wiele tańszy od tenisa, zarówno jeśli chodzi o grę jak i o sprzęt (przynajmniej moim zdaniem), nie mówiąc już o golfie, czy sportach narciarskich. Dlatego ten stereotyp trzeba łamać, squash jest sportem dla wszystkich. Mówię to trochę przeciwko sobie, bo w Kahunie korty już dziś są „zawalone” non stop od rana do nocy. Jako osoba propagująca ten sport, mogę spowodować, że…będą jeszcze bardziej „zawalone”.

 

Dlaczego jako miejsce treningów wybrał Pan Kahunę, czy ten klub wyróżnia się jakoś spośród innych?

To najfajniejszy klub w Warszawie. Byłem w wielu różnych klubach, po wielu z nich znajomi mnie „ciągali”. Ale ja mam bardzo duże poczucie estetyki, bardzo lubię ładne wnętrza, cenię dobre projektowanie. Po prostu lubię dobrze się czuć we wnętrzu w którym przebywam, a w Kahunie czuję się po prostu najlepiej. Wprawdzie brakuje mi tu sauny, a gdyby była i można by w niej odpocząć po squashu, to już byłby ideał. Ale wiadomo, że w życiu trudno go osiągnąć…

Czy traktuje Pan ten klub wyłącznie jako miejsce w którym można intensywnie potrenować, czy też może zdarza się, że jest to także miejsce w którym można po prostu miło spędzić czas w gronie znajomych?

Tak, w klubowej restauracji Kahuny – Reformie jest taka kuchnia, że „głowa mała”, takich muli jak w Reformie nie ma nigdzie w Warszawie i to jest fakt.

Czy będzie Pan kibicował Reprezentacji Polski podczas majowych Drużynowych Mistrzostw Europy w Squashu?

Będę gorąco kibicować, mam szalik, mam wuwuzelę, chociaż nie wiem czy można używać akcesoriów rozpraszających przeciwników, bo nigdy nie byłem na takich zawodach. Jeśli nie można, jeśli obowiązuje taka kultura jak na zawodach tenisowych, to oczywiście się powstrzymam, chociaż pokusa jest ogromna.